The dark Knight

Właśnie wróciłem z seansu wieczornego i muszę przyznać, że nadal jestem pod wrażeniem realizacji. Mogę przytaknąć, że faktycznie od poprzedniej części sposób przedstawienia dziejów mrocznego rycerza, wyraźnie widać linię oddzielającą te dwie części od poprzednich ekranizacji.
Nie będzie to oczywiście recenzja filmu, bo żaden ze mnie krytyk ani specjalista. Ot – moje wrażenia po obejrzeniu filmu (fakt, że trochę późno).
O historii i całej fabule niespecjalnie jest sens pisać, gdyż z jednej strony ktoś może jeszcze nie widział, a z drugiej strony – nie jest ona specjalnie wyszukana. Wyróżnia się natomiast realizacja całego przedsięwzięcia – od tego co widzimy, przez grę aktorów po koncepcję. Mogą jednak pojawić się pewne małe spoilery, więc żeby nie było, że nie ostrzegałem.
Minusy
Dla odmiany zacznę od tego, co nie do końca mi się podobało. Na początek oberwie się Batmanowi za jego niesamowicie kretyński głos. Nie wiem jak to się stało, że ktoś klepnął tak rażącą beznadziejnością kwestię, ale trzeba się z tym niestety pogodzić. Głos być może w zamyśle miał być mroczny, groźny, dudniący… ale w rezultacie jest podobny do tego jaki mamy następnego poranka po ciężkim upojeniu alkoholowym. Zamiast straszyć – śmieszy.
Drugim, już poważniejszym minusem, jest bardzo powierzchowne potraktowanie postaci Denta (Two Face). Na tle pozostałych – Batmana, Jokera, czy nawet Gordona, jest on po prostu płaski, papierowy i nijaki. Nie jest to jednak kwestia aktora, który do tej roli akurat się nadawał i zrobił swoje. Bardziej jednak można odnieść wrażenie, że postać ta do momentu przemiany była wprowadzona do tej części z pewnym zamysłem – ma ona cel, ma pewne rozterki. W momencie jednak wypadku, staje się ona pusta, bezmyślna i wsadzona na siłę. Fatalne także jest przedstawienie twarzy Denta po całym incydencie – sorry chłopaki od efektów – nie popisaliście się tutaj pomysłowością (technicznie jest nieźle).
Plusy
Zapewne można doczepić się do wielu innych aspektów filmu, ale nie były one już tak rażące. Pora więc na to co było dla mnie najbardziej na plus.
Przede wszystkim postać Jokera – obłąkanego człowieka, który w szaleństwie widzi metodę. Ze wszystkich czarnych charakterów przewijających się w filmie, on był najbardziej przerażający – całkowicie niepoczytalny, a jednak przygotowany na prawie każdą ewentualność. Dodatkowo trzeba tutaj także przytoczyć wspaniale zagraną rolę przez Heatha Ledgera. Czy jest to rola oskarowa, nie wiem, nie mnie to oceniać – jednak faktycznie dodał tej postaci mnóstwo głębi.
Bardzo spodobało mi się też przedstawienie ludzi próbujących odnaleźć się w chaosie. Trafna obserwacja zachowania społeczeństwa popchniętego do ostateczności (kwestia Pana przemawiającego w telewizji) – polowanie na jednostkę, zatarcie wszelkich granic moralnych. Niemniej jednak wydaje mi się, że scena z dwoma promami była nieco przerysowana. Jestem prawie pewien, że w rzeczywistości jeden z nich by jednak eksplodował – który, to już trudniejsza sprawa.
Wątek miłosny, postać Alfreda (służący Bruce’a), czy wewnętrzny konflikt samego Batmana to już wisienki na torcie. Postać Batmana, chwytającego się ostatnich promieni nadziei na normalność, w postaci obietnicy, to interesujące spojrzenie na jego wewnętrzną walkę. Takich ciekawostek i smaczków w filmie jest mnóstwo, dlatego muszę przyznać, że wyszedłem bardzo usatysfakcjonowany.
Najciekawsze sceny?
Wiadomo – każdy wybierze inne, ale dwie zapadły mi w pamięć. Pierwsza to scena, w której Joker informuje zebranych, że chce ich przekonać za pomocą magicznej sztuczki ze znikającym ołówkiem, a dokładnie – przedstawienie tej sztuczki. Nonszalancja z jaką Joker ją wykonuje, całkowity brak przejęcia, jakichkolwiek uczuć – mnie zatkało.
Druga natomiast nie jest tak ciężka, jednak widok postaci Jokera w fartuchu pielęgniarki, skarpetach i drewniakach wysadzającego szpital (i ponownie wciskającego przycisk gdy następuje awaria) – uśmiechniętego, beztroskiego małego chłopca, który zrobił psikusa – świetnie zrealizowana. Wylewa się z niej groteskowy humor, dodając jej jednak jeszcze więcej uroku.
Na koniec
Wątpię, żeby ktokolwiek jeszcze nie widział tego filmu, jeśli jednak jest taki ktoś – szybko do kina, najlepiej IMAX. Zdecydowanie warto zobaczyć ten film na dużym ekranie. Tymczasem ja wrócę do Battlefield: Bad Company, o którym postaram się napisać już niedługo.





